Wyborcy mają dość Demokratów, ale "niebieskie tsunami" i tak nadeszło.
O tym co wydarzyło się w zeszły wtorek i jakie będą tego konsekwencje w przyszłości.
Wtorek 4 listopada 2025 r. był najważniejszym dniem wyborczym w tym roku w USA. Największe zainteresowanie opinii publicznej wzbudziły wybory na burmistrza Nowego Jorku, wybory gubernatorskie w Wirginii i New Jersey oraz referendum w Kalifornii. Na szczeblu stanowym i lokalnym tego dnia odbyło się jednak wiele więcej wyborów. Spośród 13 urzędów wybieranych na poziomie stanu, 9 odbywało się w stanach wygranych przez Donalda Trumpa w 2024 r. Wszystkie z nich padły łupem Demokratów.
Jako że od elekcji Donalda Trumpa na prezydenta minął już rok, wybory te były traktowane jako swoisty test nastrojów wobec nowej władzy w kraju. Największą uwagę w kraju tradycyjnie przyciąga Wirginia na którą obie partie przeznaczają ogromne środki finansowe. Stan ten słynie z tego, że w najnowszej historii wybiera gubernatora z partii opozycyjnej wobec aktualnego prezydenta. Wyjątkiem był tylko 2013 r., kiedy to kandydat Demokratów Terry McAuliffe zdołał zwyciężyć mimo obecności Baracka Obamy w Białym Domu.
Demokraci przystępowali więc do wyborów z dużymi nadziejami. Kamala Harris wygrała w Wirginii o 6 pkt proc., a w Białym Domu urzęduje obecnie Donald Trump. Dodatkowo na korzyść Demokratów działała polityka zwolnień pracowników federalnych oraz trwający od miesiąca shutdown, który dysproporcjonalnie mocno wpływał na mieszkańców Wirginii. Nic dziwnego, że Demokraci liczyli na odbicie urzędu gubernatora, wicegubernatora oraz prokuratora generalnego.
W ostatnim miesiącu kampanii dla Demokratów sporym problemem okazał się ich kandydat na prokuratora generalnego — Jay Jones. Z każdym dniem do mediów wypływało coraz więcej afer z jego udziałem. Najpoważniejsza dotyczyła wiadomości SMS sprzed kilku lat, w których pisał o strzelaniu w głowę przewodniczącego Izby Delegatów. Jones życzył także śmierci rodzinie republikańskiego polityka. W szeregach Demokratów pojawił się wówczas lekki niepokój, że Jones pociągnie w dół resztę kandydatów partii. Pod koniec kampanii, gdy zwycięstwo Spanberger (D) wydawało się już pewne, pojawił się u jej boku wraz z Barackiem Obamą na wiecu w Norfolk.
Gdy w noc wyborczą pojawiły się pierwsze wyniki badań exit poll, nie wyglądały one szczególnie optymistycznie dla Demokratów. Abigail Spanberger (D) miała mniej niż 9 punktów przewagi w wyborach gubernatorskich, a Jason Miyares (R) prowadził w wyścigu o urząd prokuratora generalnego. Niedługo później zaczęły jednak napływać pierwsze głosy, znacznie bardziej korzystne dla Demokratów. Szybko stało się jasne, że Republikanów w Wirginii czeka prawdziwa polityczna rzeź.
W momencie pisania tego tekstu nie wszystkie głosy zostały jeszcze zliczone, jednak wyniki mogą się zmienić już tylko minimalnie na korzyść Demokratów. Obecnie przewaga Spanberger (D) w wyborach gubernatorskich wynosi 14,8 pkt proc., Hashmi (D) w wyborach na wicegubernatora 11 pkt proc., a Jonesa (D) w wyborach na prokuratora generalnego 6,2 pkt proc. Gdy wszystkie głosy zostaną policzone, przewaga Spanberger niemal na pewno przekroczy 15 punktów procentowych. To landslide i historycznie ogromne zwycięstwo Demokratów w wyborach gubernatorskich w Wirginii w erze post-Byrd. W ciągu ostatnich 60 lat żaden inny kandydat tej partii nie zbliżył się do takiego wyniku.
Spanberger (D) poprawi więc wynik Kamali Harris sprzed roku o około 9 pkt proc. i wynik Demokratów sprzed czterech lat o około 17 pkt proc. Największe zaskoczenie wywołał jednak rezultat Jonesa (D) w wyborach prokuratorskich. Całkowicie skompromitowany kandydat pokonał stosunkowo popularnego urzędującego prokuratora generalnego, osiągając wynik lepszy niż Kamala Harris. Pokazuje to skalę „niebieskiego tsunami”. Chęć wyborców do zamanifestowania sprzeciwu wobec Donalda Trumpa była tak duża, że nie przeszkodził im nawet kandydat o tak nadszarpniętej reputacji jak Jones (D). W większości przedwyborczych sondaży to jednak Miyares (R) miał nad nim przewagę.
Jak możemy zauważyć, wszystkie sondaże znacząco niedoszacowały Demokratów. Najbliżej wyniku był YouGov (Spanberger +14), którego nie umieściłem na grafice, ponieważ nie badał wyborów na prokuratora generalnego. Do przyczyn błędów sondażowych jeszcze wrócę (w New Jersey pomyłki były jeszcze większe). Chciałbym jednak zwrócić uwagę na wysyp partyjnych sondaży (Trafalgar, InsiderAdvantage, co/efficient, Quantus), które zalewały średnią sondażową i zniekształcały obraz na korzyść Republikanów. Przed przyszłorocznymi wyborami zapewne zobaczymy podobny mechanizm.
Jak widać na powyższej mapie, niemal wszystkie hrabstwa i miasta przesunęły się w lewo względem 2024 r. Wyłamały się tylko cztery. Największe zyski Demokratów wystąpiły w Północnej Wirginii, gdzie miała miejsce prawdziwa rzeź Republikanów. Złożyły się na to zwolnienia pracowników federalnych oraz trwający od ponad miesiąca shutdown. Oprócz ogromnych swingów w lewo na poziomie wyborów gubernatorskich, wszyscy republikańscy deputowani do stanowej Izby ponieśli porażkę. Region, który niegdyś był bastionem Partii Republikańskiej, jest dziś w całości reprezentowany przez Demokratów.
We wspomnianej stanowej Izbie Delegatów Demokraci również odnotowali potężne zyski. Odbili oni 13 miejsc z rąk Republikanów i otarli się o superwiększość. Był to ich najlepszy wynik od blisko 40 lat. Pozwoli im to kontynuować działania na rzecz zmiany granic okręgów wyborczych do Izby Reprezentantów. Na wiosnę można spodziewać się referendum w tej sprawie.
New Jersey
Wybory gubernatorskie w New Jersey miały być znacznie bardziej wyrównane niż te w Wirginii — przynajmniej według sondaży. AtlasIntel przewidywał 1 pkt proc. różnicy, a Emerson 2 pkt proc. Jack Ciattarelli (R), który cztery lata temu przegrał zaledwie o 3 pkt proc., ponownie miał osiągnąć bardzo dobry rezultat jak na Republikanina w New Jersey.
W momencie pisania tego tekstu Mikie Sherrill (D) prowadzi o 13,7 pkt proc. To znacznie więcej, niż wskazywały sondaże, i wynik niemal tak dobry jak rezultat Spanberger (D) w Wirginii. Tutaj również zobaczymy swing o około 8 pkt proc. w lewo w stosunku do wyborów prezydenckich w 2024 r.
Jeszcze lepszy rezultat Demokraci osiągnęli w wyborach do Zgromadzenia Ogólnego w New Jersey. Odbiją pięć miejsc z rąk Republikanów, a ich superwiększość będzie największa od 52 lat!
Kalifornia
W Kalifornii odbyło się referendum, które miało umożliwić Demokratom przerysowanie granic okręgów wyborczych na swoją korzyść, aby zrównoważyć gerrymandering dokonany przez Republikanów w Teksasie. Początkowo obawiano się, że wyborcy mogą odrzucić ten pomysł, ponieważ poparcie dla niezależnej komisji wytyczającej granice okręgów jest wysokie. Gubernator Newsom rzucił jednak wszystkie siły na mobilizację elektoratu, co ostatecznie przyniosło ogromny sukces.
W momencie pisanie tego tekstu opcja Tak prowadzi w referendum z przewagą 28,2 pkt proc. Kamala Harris w zeszłym roku wygrała o “zaledwie” 20 pkt proc. Widocznie wyborcy w Kalifornii bardziej popierają eksterminację Partii Republikańskiej w stanie niż Kamalę Harris. Jak wcześniej wspomniałem kampania Demokratów przyniosła ogromny mobilizacyjny sukces. Frekwencja znacząco przekroczyła tą widywaną podczas midtermsów i ustępuje jedynie wyborom prezydenckim. Gavin Newsom, który szykuje się do startu w wyborach prezydenckich w 2028 r. po raz kolejny dołożył cegiełkę do swojego potencjalnego przyszłego sukcesu i obecnie jest faworytem Demokratów w sondażach.
Oczekiwania kontra wyniki
Przed końcem głosowania we wtorek na Twitterze podałem swoje benchmarki według których miałem oceniać kto jak dobrze sobie poradził w wyborach. Demokraci spełnili wszystkie swoje punkty “Dobrej nocy” i “Niebieskiej fali” oraz 2/3 warunków “Niebieskiego tsunami” (przewaga Spanberger praktycznie na pewno finalnie przekroczy 15 pkt proc.). Jedyne czego nie udało im się osiągnąć to superwiększości w Izbie Delegatów w Wirginii. Całą noc wyborczą należy określać “Niebieskim tsunami”. Oprócz wspomnianych już wyścigów Demokraci wyraźnie zwyciężyli we wszystkich wyborach sędziowskich w Pensylwanii, zdobyli dwa stanowiska stanowe w Georgii z przewagą ponad 20 pkt proc. oraz zanotowali świetne wyniki na szczeblu lokalnym. Aby znaleźć we wtorek jakikolwiek sukces Republikanów, trzeba naprawdę się postarać.
Latynosi odwracają się od Trumpa
W wyborach prezydenckich w 2024 r. Donald Trump najwięcej nowych wyborców zyskał wśród latynosów. Jego rezultat w tej grupie wyborców był najlepszy od wielu lat patrząc z perspektywy republikańskiej. Przełożyło się to nie tylko na zwycięstwo w głosowaniu powszechnym, lecz także na przekształcenie Florydy w bezpieczny republikański stan oraz zahamowanie negatywnych trendów dla GOP w Teksasie.
Utrata części latynoskich i czarnoskórych wyborców mocno odbiła się na morale Demokratów. Jeszcze kilka lat temu grupy te stanowiły trzon ich koalicji wyborczej, a dziś utorowały drogę do powrotu Donalda Trumpa do władzy, mimo jego zapowiedzi masowych deportacji nielegalnych migrantów. Realnym zmartwieniem Demokratów stała się perspektywa nowej republikańskiej koalicji wyborczej, obejmującej białą klasę pracującą oraz znaczną część wyborców z mniejszości, która pozwoliłaby GOP zdominować amerykańską politykę w najbliższych latach.
Brutalna weryfikacja przyszła jednak już rok po wygranej Donalda Trumpa. Latynoscy wyborcy we wtorek wrócili do stałych wzorców głosowań. Zyski jakie Donald Trump osiągnął w tej grupie w 2024 r. praktycznie wyparowały.
Według danych exit poll kandydatka Demokratów w New Jersey, Mikie Sherrill, wygrała wśród latynosów z przewagą 37 pkt proc. To wynik o 24 pkt proc. lepszy niż ten, który Kamala Harris uzyskała rok temu. Podobne tendencje można było zauważyć również w Wirginii i Kalifornii.
East Los Angeles jest najbardziej latynoskim dużym miastem w USA (poza Portoryko). Latynosi stanowią tutaj 95% mieszkańców. W 2016 r. Hillary Clinton osiągnęła tutaj rekordowy wynik i wygrała z przewagą 79 pkt proc. W kolejnych latach przewaga Demokratów tutaj jednak systematycznie spadała. W 2024 r. Kamala Harris wygrała tutaj z “zaledwie” 47 pkt proc. przewagi. We wtorkowym referendum opcja “Tak” osiągnęła ponownie kosmicznie wysokie poparcie prawie dorównując abueli Hillary.
Głos buntu
Drugą grupą, w której Trump rok temu zaskoczył skalą poparcia, byli młodzi wyborcy. Wśród osób w wieku 18–29 lat niemal zrównał się wtedy z Kamalą Harris, choć wcześniej regularnie przegrywał w tej grupie z dużą stratą.
Z tamtych wzorców głosowań nie pozostało już nic. Republikańscy kandydaci na gubernatorów w Wirginii i New Jersey zostali całkowicie rozbici wśród najmłodszych wyborców.
Na fali sukcesu z 2024 r. Republikanie zbudowali narrację o nowym konserwatywnym pokoleniu. Wyjaśnienie zachowań najmłodszych wyborców jest jednak znacznie prostsze. Młodzi buntują się przeciw tym, którzy akurat rządzą. W 2024 r. za inflację, rosnące koszty życia i ogólny stan gospodarki obwinili Joe Bidena i Demokratów. Te problemy nie zniknęły, a dziś prezydentem jest Donald Trump i to jego obarczają winą za sytuację materialną. Główna siła kampanii Trumpa z 2024 r. zamieniła się w jego największą słabość.
Gospodarka, głupcze!
Rok temu Donald Trump zdobył 82% głosów wśród osób, dla których najważniejszym problemem była gospodarka. Dziś sytuacja gospodarcza nie tylko się nie poprawiła, ale prezydent dodatkowo wprowadza kolejne wysokie cła, podbijając koszty importu, zwiększając niepewność na rynku i dokładając presji na ceny, z którą najbardziej zmagają się zwykli konsumenci.
W ciągu roku wzorce głosowania odwróciły się o 180 stopni. Demokraci w tej kampanii postawili na temat rosnących kosztów życia i, jak widać, to zadziałało. Wśród wyborców, dla których najważniejsza była gospodarka, ich poparcie wzrosło z około 20 do około 66%.
Porażka sondaży
Sondaże w tym roku wyraźnie niedoszacowały Demokratów, a błędy były sporo większe niż w ostatnich wyborach prezydenckich. Złożyło się na to kilka czynników. Niemal wszystkie pracownie ważyły próbę do elektoratu z 2024 lub 2021 r., czyli lat znacznie korzystniejszych dla Republikanów, gdy to oni mieli przewagę frekwencyjną.
Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się w październiku, gdy Gallup opublikował dane o identyfikacji partyjnej w trzecim kwartale. Demokraci mieli tam przewagę aż 7 pkt proc., lepszą niż przed wyborami w 2017 i 2018 r. To jasno sugerowało, że elektorat zdecydowanie nie wygląda na R+3, jak w 2024 r. Mimo to pracownie wciąż opierały swoje modele na elektoracie przypominającym ten z 2024 r.
Drugim problemem jest to, że wybory w trakcie kadencji urzędującego prezydenta zwykle oznaczają niższą frekwencję wśród jego zwolenników. Ważenie elektoratu do 2021 r., a nie do 2017 r. w Wirginii i New Jersey było więc kompletnie nielogiczne. Sondażownie nie tylko zakładały, że Republikanie mają przewagę wśród wszystkich wyborców, ale też że to Demokraci częściej zostaną w domu. W efekcie sondaże zamiast pokazać wyraźną dominację Demokratów wskazywały jedynie na umiarkowaną różnicę na ich korzyść.
Choć elektorat wyraźnie przechyla się w stronę Demokratów, partia notuje najgorsze oceny w swojej najnowszej historii. W lipcu 2025 r. poparcie dla niej spadło do 34%. Historia pokazuje jednak, że nie musi to przekreślać jej szans w nadchodzących wyborach. Republikanie w 2009 i 2013 r. też mieli fatalne notowania, a mimo to doczekali się czerwonej fali. Problem Demokratów polega dziś na tym, że ich własny elektorat jest wściekły na partyjne kierownictwo za brak twardego sprzeciwu wobec polityki Trumpa. W tej sytuacji gubernator Gavin Newsom, prezentujący się jako polityczny fighter, wyrasta na głównego faworyta przyszłych prawyborów prezydenckich w Partii Demokratycznej.
Rekordowa mobilizacja wyborców
Demokraci w ostatnich latach radzili sobie wyjątkowo dobrze w wyborach z bardzo niską frekwencją, takich jak wybory uzupełniające. Wynikało to z tego, że ich elektorat był znacznie bardziej skłonny głosować przy każdej okazji, podczas gdy wyborców republikańskich znacznie trudniej było zmobilizować.
Może więc zyski Demokratów w tych wyborach też były spowodowane niską frekwencją? Nic z tych rzeczy. Zarówno w Wirginii, jak i w New Jersey oddano więcej ważnych głosów niż w jakichkolwiek innych wyborach poza prezydenckimi. Spanberger i Sherrill zdobyły w swoich stanach więcej głosów niż Donald Trump w 2016 r. i niemal tyle samo co w 2020 r. Frekwencja była wyższa niż w typowych wyborach środka kadencji z ostatnich lat. Daje nam to dobry obraz tego co może wydarzyć się za rok.
Co dalej?
Wtorkowe wyniki spowodowały całkowite odwrócenie nastrojów. Donald Trump okazał się mniej popularny, niż wielu zakładało, a te wybory były w praktyce referendum na jego temat. Tak samo będzie za rok podczas midtermsów. Demokraci pierwszy raz od dawna naprawdę poczuli, że w przyszłym roku mogą powalczyć o Senat. Wyglądają też dziś na wyraźnych faworytów do odbicia Izby Reprezentantów, niezależnie od tego, co jeszcze wydarzy się w wojnie o okręgi.
Obecnie średnia sondażowa daje Demokratom przewagę około 4 pkt proc. Jak jednak pokazały wyniki wyborów, próba, do której dążą sondażownie, nie oddaje rzeczywistego elektoratu. W praktyce przewaga Demokratów w przyszłorocznych wyborach może być dziś bliższa 8 pkt proc., czyli porównywalna z falą z 2018 r.






